Ano, Phil Mulloy. Fajny, o ile nie stara się uderzać w poważne tonacje współczesnych nowojorskich feminizujących boh(em)nów hipster-eliciarzy. Takie uderzania można łatwo rozpoznać, bo są w estetyce późnych filmów Rybczyńskiego. Tutaj na szczęście tego nie robi. Wnioski co prawda serwuje raczej oczywiste, ale ani forma (jak widać) ani zbytnie zadęcie nie przytłacza.
ani tutaj
Obydwa zalatują angażacją ,ale może to i lepiej. Dobrze, że bez tapety z patety. Tylko do diaska, te skrzypeczki! Z drugiej strony dźwięk "ZOOOMMM" z drugiego epizodu w "Historii świata" bardzo pocieszny jest.
Na oficjalu szanownego artysty można sobie podłożyć dynamit pod psa. Robiłem to w Łomży. Nie polecam.
W ramach bonusu Mulloy na poważnie i jego egzystencjalne "ojoj, czy ktoś tam jest?" : "Seasons Greetings" oraz "Kowboje" - Clint robił to jednak dużo lepiej.
wtorek, 17 lutego 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz